Po co, na co i dlaczego?

Wynurzenia książkowo-molowe maniakalnej czytelniczki tudzież kolekcjonerki książki "Mały Książę" Antoine'a de Saint-Exupéry'ego w różnych językach i dialektach (obecnie 104) oraz rozmaitych wydań polskich tejże. Zapraszam!

piątek, 23 lutego 2007

"Jeruzalem, jeśli zapomnę o Tobie, niech uschnie moja prawica" (patrz: "Rivers of Babilon")

Jerozolima - jedno z najpiękniejszych dla mnie miejsc na Ziemi.
Miałam niebywałe szczęście odwiedzić to niezwykle miejsce.

Mieliśmy mało czasu, napięty program (jak zwykle).
W Jerozolimie jest mur odgradzający mieszkańców. Turyści poruszają się najczęściej w wydzielonych dzielnicach, głównie arabskich.
Mieliśmy tylko 45 minut przerwy. W czasie gdy inni poszli się objadać lub odkupywać w różne dobra "only one dollar", ja postanowiłam wyszperać hebrajskiego "Księcia". Musiałam przedrzeć się przez mur, do dzielnicy żydowskiej (spory kawałek) na dodatek nie wiedząc, czy jest tam jakaś księgarnia i gdzie.
Przewodnik patrzył jak na wariatkę (może powinno być bez "jak" oraz należałoby dodać, iż był to bardzo rozsądny człowiek).
Założywszy z góry, że nie zdążę (faktycznie szanse były marne, czy - jak lubią mówić niektórzy - prawdopodobieństwo oscylowało wokół zera), dał mi swój plan miasta oraz wytłumaczył jak mam wrócić do hotelu (wziąć busa w jednym z punktów miasta). Dał mi też numer swojej komórki, żebym dzwoniła, gdyby było tragicznie. Po czasie okazało się, że mógł to sobie darować, bo miałam telefon na kartę, a telefonia izraelska w trosce o bezpieczeństwo państwowe nie łączy rozmów z telefonów nieznanych im właścicieli, więc i tak bym się nie dodzwoniła.
W informacji turystycznej nie wiedzieli, gdzie jest jakaś księgarnia w dzielnicy żydowskiej. Poradzili trzymać się najdłuższej ulicy (zdaje się Jaffa).
Ruszyłam z kopyta.
Po kilometrze, gdy stałam na światłach, nieznacznie przysunął się do mnie (2 metry odległości) młody, ortodoksyjny Żyd (kapelusz, pejsy itd.).
Z delikatną ciekawością zaczął ze mną rozmawiać po angielsku wstydliwie zerkając na moją twarz i resztę niezbyt często (rozpuszczone włosy i lekkie wycięcie w bluzce; przyzwoite ortodoksyjne Żydówki wciąż jeszcze noszą szpecące je peruki, zakrywając perwersyjnie zmysłowe włosy).
Pytał po co przyjechałam do Jerozolimy, skąd jestem i w co wierzę. Takie tam, trywialne pytanka :-)
W pewnym momencie przeprosiwszy go poleciałam pędem dalej (zwalniał mój bieg).
Pytałam co chwilę o księgarnię.
Różne spotkałam reakcje: od ignorowania (udawanie, że mnie nie widzą i nie słyszą), przez wzruszenia ramion po kiwanie głową na znak nieznajomości angielskiego.
Pierwsza napotkana księgarnia okazała się być sklepem z różnymi wersjami tylko jednej księgi - Tory. Było to niewielkie, ciemne pomieszczenie gdzie nie uświadczyłam nikogo oprócz uprzejmego sprzedawcy, który (na szczęście) znał angielski i pokazał mi, gdzie jest księgarnia.
Dopadłam jej ostatkiem sił.
Księgarnia miała nazwę "polską" - to było polsko brzmiące nazwisko (Lubecki czy jakoś tak), napisane hebrajskimi literami.
Spytałam sprzedawczynię o wytęsknionego "Księcia". Wskazała - leżakował sobie i dojrzewał na półce obok drzwi wejściowych. A przy nim drugi, z żółtą okładką - dwa różne tłumaczenia. Zachłannie chciałam mieć ich obu.



Z uwagi na to, że była promocja nowego tłumaczenia, stare dorzucali po dopłaceniu jakichś groszy.
Płaciłam dolarami.
W zestawie (dorzucali do rachunku powyżej jakiejś kwoty) dostałam kawę Nescafe w dużym (200ml) "tańczącym" słoiku.
Niezbyt byłam szczęśliwa - tarmosiłam w podróży zapchaną już wtedy różnymi dobrami (m.in. dżemem z daktyli) walizkę. Oglądnęłam kawkę dopiero w domu. Na słoiczku figurowało, co następuje:
Kosher-Parve. Under the Supervision of the Madrid's Rabbinate and by authority of the Chief Rabbinate of Israel.

Piłam sobie potem tę koszerną kawkę. Może to autosugestia, ale miała zupełnie inny smak. Mogę śmiało powiedzieć: smak "czystej" kawy :-)

Wracając do opowieści: porwałam reklamówkę z księciulkami oraz kawką i pognałam pędem z powrotem (jakieś 2-3 km).
Czas już był, niestety, wiec wystosowałam do pozostałych smska, żeby na mnie zaczekali 5 minut.
Przybiegłam kilka minut przed przewodnikiem. Gdy mnie zobaczył i to z książkami, zrobił duże oczy. Pomyślałam mściwie: "I kto teraz wygląda jak wariat?"
:-)

W innym miejscu w Izraelu kupiłam wersję arabską, w arabskim sklepie dla dzieci:



I coś w klimacie: byłam w Jerozolimie dokładnie w 7. rocznicę śmierci Ofry Hazy.
Jedną z jej niezapomnianych pieśni jest ta o Jerozolimie właśnie, posłuchajcie:




Mam cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.

Ach, no tak, jeszcze moja ostatnia miłość muzyczna. Mam na jej punkcie absolutnego fioła, a ostatnio powala mnie ten znany song:



Shalom!

czwartek, 9 czerwca 2005

Litwo, ojczyzno (nie)moja

W pięknym, bratnim, unijnym kraju, w mieście, gdzie co krok widać ślady a to Mickiewicza, a to Słowackiego, gdzie leży serce Marszałka oraz pewna Panna świeci w Ostrej Bramie, zaprzyjaźniłam się z następującym młodym człowiekiem:


Przystojny, prawda? A jaki romantyczny! Prawie jak Mickiewicz :-) Jak to powiedział o nim przewodnik w muzeum Mickiewicza: "Prawdziwy romantyk: miał 6cioro dzieci" :-)

A tutaj pewien misz-masz, czyli muzyczna niespodzianka :-)

Jakiś czas później, czyli w roku 2009, podczas kolejnej mojej Podróży Na Wschód, związałam się z kolejnym Małym Księciem Litewskim :-)



Wygląda na nieco barwniejszą postać, niż pierwszy, prawda? Ach, ci mężczyźni, zwłaszcza uzbrojeni :-)

czwartek, 30 grudnia 2004

Lisbon Story

Byłam w Lizbonie, tak jak sobie kiedyś wymarzyłam. A raczej 20 km pod Lizboną, w Cacem. W naszym miasteczku nie było tej książki. Za to sprzedawca prawie umówił się ze mną na kawę (łamanym angielskim).
W Lizbonie szukałyśmy księgarni. Udało się, znalazłyśmy. Nabyłam książeczkę.



Zaraz obok księgarni natknęłyśmy się przez przypadek na ciekawy obiekt - zabytkowy wyciąg do kolejki powietrznej. Mają taka kolejkę w Lizbonce, nad nabrzeżem.
Niestety nie jechałam (choć mój żołądek i błędnik były z tego powodu szczęśliwe).
Lizbonę pokochałam, tak samo, jak i fado. Jest taka piosenka Madredeus, która przyprawia mnie o ciarki z wrażenia - zapraszam tu

Potem z nieba (przybył samolotem) zleciał mi inny portugalskojęzyczny przedstawiciel arystokracji. Wkroczył w rytmie samby, w końcu Brazylijczyk:


Zaprosiła go pewna bliska mojemu sercu Fasolka, bardzo kulturalna osóbka. Zresztą to nie jedyny gość, którego zaprosiła. Gnąc się w tanecznych ukłonach dziękuję i proszę o jeszcze :-*

Jak można stwierdzić na pierwszy rzut oka, Brazylijski portugalski jest nieco inny. I pięknie, różnorodność jest tym, co najbardziej upiększa świat, prawda?

wtorek, 29 kwietnia 2003

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Pierwszego obcokrajowca złowiłam w czasie pobytu w słonecznej Italii. Program był ambitny - zero czasu wolnego.
Nie było żadnych szans na oblot sklepów, nie mówiąc o poszukiwaniach księgarni.W czasie jednego z kurcgalopkow (nazywanych przez naszego 70-letniego przewodnika z wbudowanym motorkiem w nogach "przejściem do...") do jednej z rzymskich bazylik przebiegaliśmy obok jakichś kramów typu odpustowego.
Na jednym z nich były jakieś stare papierzyska.
Spytałam o "Małego Księcia" (w języku angielsko-pseudofrancusko-nibywloskim).
Był! Używany! Nabyłam uszczęśliwiona.


Tym sposobem koło zamachowe mojej manii ruszyło i wciąż się kręci, niczym szwungszajba lub perpetum mobile. I wciąż się i mnie kręci :-)
Pozdrawiam
Pokręcona Zakrętka :-)

P.S. A tutaj piosenka w tym klimacie lingwistycznym :-)

piątek, 8 lutego 2002

Drugi krok w chmurach albo pierwsze wyjście z mroku (polszczyzny)

Na poważnie zaczęłam myśleć o kolekcji, gdy w Empiku natknęłam się na wydanie francusko-polskie. Idea była świetna, bo oryginał plus wersja z której coś rozumiem (uważam francuski za jeden z trudniejszych języków).
Poza tym miał kolor nieba:


Poza tym było to tłumaczenie Zofii Barchanowskiej (nie znałam go), zamiast wszechobecnego i - nota bene - chyba najlepszego tłumaczenia Jana Szwykowskiego.
Może nie od razu, ale jakoś niedługo później wymyśliłam, by kolekcjonować wydania w różnych językach. Początkowo zastanawiałam się jeszcze nad "Kubusiem Puchatkiem" (ale doszłam do wniosku, że trochę obszerny i może być kosztowny, zwłaszcza w połączeniu z "Chatką Puchatka") i nad "Alicją w Krainie Czarów" (tu bałam się, że może nie jest jednak tak powszechna ze względu na zawarte w niej nawiązania do kultury, historii i sztuki angielskiej oraz znów pojawił się wątek drugiej części - "Po drugiej stronie lustra").
A potem już poszło. Z początku powoli, czasami nawałowo. Różnie, jak to w życiu :-)

sobota, 27 sierpnia 1994

Intro(nizacja)

Zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Kupiłam "Małego Księcia", ponieważ była to znana książka i choć już minął czas, gdy musiałam ją zgłębić jako lekturę, to tak jakoś zachciało mi się ją mieć.
Wydanie nie było powalające edycyjne: ani szata graficzna, ani okładka.

Krajowa Agencja Wydawnicza, Białystok 1994,
tłumaczyła: Marta Cywińska.

Po latach używania doczekał się mnóstwa zgięć, plam po herbacie czy innym płynie oraz innych rozlicznych dowodów namiętności :-) Wiadomo, tak to bywa z pierwszą miłością.

A potem pojawiły się na mojej półce inne wydania polskie: zapraszam tu 
Nie jestem pewna, co by tutaj pasowało w komplecie muzycznym do klimatów polskich. Zatem nie do końca literalnie polskie, ale pasuje, przynajmniej w warstwie tekstu. Zatem zapraszam tutaj