Po co, na co i dlaczego?

Wynurzenia książkowo-molowe maniakalnej czytelniczki tudzież kolekcjonerki książki "Mały Książę" Antoine'a de Saint-Exupéry'ego w różnych językach i dialektach (obecnie 104) oraz rozmaitych wydań polskich tejże. Zapraszam!

poniedziałek, 25 października 2010

Words words words

Były próbki tłumaczeń polskich, czas na inne języki, które znam. I chodzi tu o znajomość choćby bierną (w językach taka jest możliwa). Wbrew pozorom zatem nie skończy się na angielskim :-), choć od niego zacznę. Dysponuję ośmioma egzemplarzami po angielsku, w tym mieszczą się cztery tłumaczenia.


Zacznijmy jednak od oryginału francuskiego, który brzmi tak:
"Voici mon secret. Il est très simple : on ne voit bien qu’avec le cœur. L’essentiel est invisible pour les yeux."

Co na to Brytyjczycy? Bardzo proszę:

Irene Testot-Ferry:
 "Now here is my secret. It is very simple. It is only with one's heart that one can see clearly. What is essential is invisible to the eye".

Katherine Woods:
"And now here is my secret, a very simple secret: It is only with the heart that one can see rightly; what is essential is invisible to the eye".

T.V.F. Cuffe:
"Now here is my secret, very simple: you can only see things clearly with your heart. What is essential is invisible to the eye."

Richard Howard:

"Here is my secret. It's quite simple: One sees clearly only with the heart. Anything essential is invisible to the eyes."


W języku łacińskim brzmi pięknie i mądrze, jak to w łacinie (tłumaczył Augusto Haury):

„Quod ce teras celavi, hoc Est; Est autem simplicissimuum: animo tantum bene cernimus. Quae plurimi sunt, oculis cerni non possunt.”

Natomiast po niemiecku, w tłumaczeniu Grete i Josefa Leitgeb brzmi to tak:
 „Hier mein Geheimnis. Es ist ganz finfach: Man sieht nur mit dem Herzen Gut. Das Wesentliche ist für die Augen unsichtbar.“

Z kolej śpiewny rosyjski w tłumaczeniu Норы Галь przekonuje nas, że:
„Вот мой секрет, он оченъ прост: зорко одно лишь сердце. Самого лавного глазами не увидишь.”
Przy okazji: to mój najnowszy nabytek. Wyszukałam nie ruszając się z miejsca :-)

A hiszpański (w przekładzie Bonifacio del Carril) ujął to następująco:
„He aquí mi sekreto. Es muy simple: no se puede ver bien, sólo con el corazón. Lo esential es invisible a los ojos.”

Nasi południowi sąsiedzi, Czesi, ujęli to zaś tak (słowami Zdeňki Stavinohovej):

„Tady je to mé tajemství, úplně prostinké: správně vidíme  jen srdcem. Co je důležité, je oěím neviditelné.”

Na to Włosi, za pomocą swojego przedstawiciela Nini Bompiani Bregoli ripostują:

„Ecco il Mio segreto. É molto semplice: non si veole bene che col cuore.  L’essenziale è invisibile agli occhi.”

I wreszcie puenta chorwacka, w ujęciu Ivana Kušana:

„Slušaj Moju tajnu. Vrlo  je jednostajna: samo Se sercem dobro vidi. Ono bitno nevidijivo je očima.” 

Pięknie, prawda? W każdym języku wyczuwam nacisk na co innego. Potwierdzałoby to zatem hipotezę relatywizmu językowego Sapira – Whorfa z 1930r., zgodnie z którą używany język wpływa w mniejszym lub większym stopniu na sposób myślenia.
Mnie najbardziej podoba się ta "esencjonalność", zwłaszcza w języku angielskim. Od razu przypomina mi się dzieciństwo, esencja herbaciana w kamionkowym czajniczku oraz to, co najważniejsze czyli czas z rodziną, dom i bezpieczeństwo.

Moje "ujęcie" (niekoniecznie tłumaczenie polskie) brzmiałoby zatem tak:
"Oto moja tajemnica, jest prosta: sedno poznaje się tylko sercem. To, co najistotniejsze (esencja) jest nieosiągalne dla oczu."

poniedziałek, 18 października 2010

Ciałko P.

Niedawno obchodziliśmy Dzień Nauczyciela, nieformalnie dzień Ciałka P. Ciałko P. jakie jest, każdy wie - raz cienkie, raz mądre, raz smaczne a innym razem inspirujące bardzo! Jedna z niewielu lekcji j. polskiego, jakie pamiętam z podstawówki była lekcją o "Małym Księciu", słynne słowa o oswajaniu i widzeniu sercem zapadły głęboko w mą pamięć i inne przyległości.

Wśród moich licznych i prześlicznych maniakalnych zbiorów kolekcjonerskich udało mi się zakamuflować kilka egzemplarzy edukacyjnych. Cóż my tam mamy?






Program rekolekcjo-wakacji de facto, napisany przez zakonnika, pijara (nie mylić z PR-em ;-) ). W komplecie kasetka magnetofonowa (unikat retro! :-) ) z musicalem.














Potem jeszcze wynalazłam gdzieś program dla gimnazjalistów, o charakterze wakacyjno-wychowawczo-rekolekcyjnym (do wyboru), napisany (dla odmiany) przez zakonnicę :-)


Uważam, że ciekawy pomysł.
Nawiasem mówiąc: mam nieodparte wrażenie, iż autor "Małego Księcia" nie był, de facto, wzorcem osobowym i autorytetem moralnym dla młodych, niewinnych (przynajmniej teoretycznie) umysłów dziecięcych, ale to już inna bajka i okazja na inną opowiastkę blogową.
No i okładka nieco (mówiąc oględnie) depresyjna, bardziej w klimacie "Leksykonu...".

I wreszcie mój świeży nabytek: program edukacji przez sztukę dla przedszkolaków lub młodszych szkolniaków.


Bardzo ciekawe zawiera pomysły.
Łączy muzykę, plastykę, ćwiczenia oraz interakcje osobowe. Godne polecenia.

piątek, 15 października 2010

Leksykalnie

Dawno, dawno temu, wczoraj albo w zeszły wtorek... a, nie, to było 21.05.2008r. dostałam w prezencie od Pana J., mojego ówczesnego studenta, pewną książkę. Była to unikalna, nie do dostania nawet w Chinach ani na Stadionie Dziesięciolecia, publikacja autorstwa Piotra Sarzyńskiego o tytule "Leksykon samobójców", wydana w 2002 roku przez Wydawnictwo Iskry.

ISBN: 83-207-1687-X

Po pierwszym oszołomieniu i zachwytach rzuciłam się do studiowania dzieła. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że figuruje tam również Mały Książę!
Po chwili doczytałam, iż książka zawiera biogramy postaci historycznych, biblijnych, mitologicznych i literackich.
Oto, co możemy przeczytać:


«MAŁY KSIĄŻĘ (postać literacka)
Powrót na planetę

Tytułowy bohater powieści Antoine'a de Saint-Exupery'ego "Mały Książę". Przybywa na ziemię z odległej planety, na której pozostawia ukochaną różę. Po serii przygód pragnie wrócić na swą małą planetę, ale zbyt wiele waży, by uniosły go wędrowne ptaki. Musi więc pozbyć się ciężkiego ciała. Śmierć fizyczna oznacza wyzwolenie duszy. Umawia się więc ze żmiją, by śmiertelnie go ukąsiła: 
"To tu.Pójdę sam jeden krok naprzód.
Usiadł jednak, ponieważ bał się. Powiedział jeszcze:
- Wiesz... moja róża... jestem za nią odpowiedzialny. A ona jest taka słaba. I taka naiwna. Ma cztery nic niewarte kolce dla obrony przed całym światem.
Usiadłem, nie mogłem utrzymać się na nogach.
- Tak... to wszystko... - powiedział.
Wahał się jeszcze chwilę, później wstał. Zrobił krok. Nie mogłem się poruszyć. Żółta błyskawica mignęła koło jego nogi. Chwilę stał nieruchomo. Nie krzyczał. Osunął się powoli, jak pada drzewo. Piasek stłumił nawet odgłos upadku. »


Ciekawe. Wyzwolenie z ciała jako powrót do domu. Warte rozważenia.

wtorek, 5 października 2010

Zagubione/znalezione w tłumaczeniu

Nie od dziś wiadomo, że doskonałe tłumaczenie może książkę wypolerować, a nieudolne - obrzydzić. Inaczej np. czyta się Szekspira w tłumaczeniu Słomczyńskiego, inaczej w tłumaczeniu Paszkowskiego, a jeszcze inaczej - Barańczaka. Można nawet się pokusić o stwierdzenie, że to za każdym razem jest inny Szekspir!

Aby dogłębnie się przekonać, jak bardzo forma przekazu i dobór słów/stylu wpływa na odbiór i wywoływane przez tekst emocje zachęcam do przeczytania "Ćwiczeń stylistycznych" Raymonda Queneau. Jedno wydarzenie opowiedziane na 99 sposobów wywołuje 99 różnych emocji!

Dziś mała próbka, jak to smakuje w odniesieniu do "Małego Księcia". Doczekał się on 12 tłumaczeń na język polski. Każdy z tłumaczy odcisnął piętno swej osobowości na przekładanym dziele. Najbardziej znane i najczęściej wznawiane jest tłumaczenie Jana Szwykowskiego. Inne są po prostu... inne. Zobaczcie sami.

Poniżej jeden z najbardziej znanych (i często cytowanych) fragmentów: rozmowa Małego Księcia z lisem, rozdział XXI.

Jan Szwykowski:
 "A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".
Przy okazji: dziękuję pewnej bystrej trójjęzycznej Bestyjce, wielbicielce fantastycznych opowieści, zwłaszcza z dreszczykiem, za podarowanie "Małego Księcia" z szabelką :-*
Buziaki dziękczynne również dla Fasolki za wydanie z płócienną okładką (to z samym tytułem) :-*

Ewa Łozińska-Małkiewicz:

"Oto mój sekret. Jedynie sercem można wszystko jasno poznać. To co najważniejsze skrywa się przed wzrokiem".


Wiera i Zbigniew Bieńkowscy:

"Oto mój sekret. Jest bardzo prosty: tylko sercem widzimy dobrze. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".

Anna Trznadel-Szczepanek:

"A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. To, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oczu".

Janina Karczmarewicz-Fedorowska:


"A oto moja tajemnica, jest bardzo prosta: Dobrze widzi się tylko wtedy, gdy się patrzy sercem. Najważniejsze jest dla oczu niewidoczne".

Marta Cywińska:


"A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: widzieć można tylko poprzez serce. Najważniejsze jest niedostrzegalne dla oczu".


Zofia Barchanowska:
"Oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Rzeczy najistotniejsze są niewidzialne dla oczu".


Marta Malicka:
"Oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidzialne dla oczu".


Barbara Przybyłowska:
"A oto moja tajemnica. Jest bardzo prosta. Dobrze się widzi tylko sercem. To, co najważniejsze, jest niewidzialne dla oczu".

Halina Kozioł:
"A oto moja tajemnica, jest bardzo prosta: Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu".


Piotr Drzymała:

"Oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. To, co najważniejsze, jest niewidzialne dla oczu."

Mirosława Dębska:

"Oto moja tajemnica. Jest bardzo prosta: widzimy tylko poprzez serce. To co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".

Przy okazji chciałam podziękować za oba widoczne powyżej wydania "Małego Księcia" oraz wydanie w tłumaczeniu Jana Szwykowskiego z czerwoną okładką, które otrzymałam w ramach wymiany od Oskara. Dziękuję przesympatycznie :-) Oskar zgromadził największą w Polsce kolekcję wydań "Małego Księcia" - ma w zbiorach książkę w 103 językach oraz 67 wydań polskich z 31 okładkami! Ponadto na jego stronie można poczytać o różnych ciekawostkach związanych z tą książką. Polecam gorąco:-)

środa, 29 września 2010

nieprawdoPodobna Osoba

Zorganizowana, efektywna, zaplanowana i zorientowana - to chyba najkrótsza charakterystyka nieprawdoPodobnej Osoby, nie w pełni jednak oddająca jej niespożyte siły i możliwości.
Uruchomiła ona niezliczone ilości niemożliwie licznych znajomości i w efekcie jej pracy moja kolekcja wzbogaciła się o mnóstwo rzadkich okazów. Sami indywidualiści.

Plan jej działania był następujący:
najpierw użyła łagodnej perswazji wobec dalszej rodziny, mobilizując kuzynkę Asię. Efekty przedstawiały się tak:


Macedończyk, chmurny oraz indywidualista (zwróćcie uwagę, że stoi po drugiej stronie planety, niż przedstawiciele innych nacji).

Potem zachęciła do działania prawie-rodzinę czyli Zielonooką z MałŻonkiem, którzy wykazali się podwójnie (bo było ich dwoje, a nawet troje):

  Szwed, jak widać. Zaprosili go sami. A ponadto

Estończyk. Bardzo ciekawy kraj (miałam okazję poznać), bardzo specyficzny język, należący do podgrupy języków bałtyckofińskich, zaliczanej do podrodziny ugrofińskiej w rodzinie uralskiej. Brzmi bardzo zawile, prawda?

Zielonooka z MałŻonkiem uruchomili następne ogniwo łańcuszka, by go zdobyć (kolega). 

Sądząc po obu egzemplarzach preferują kraje nadbałtyckie :-) 





Następnie nPO (nieprawdoPodobna Osoba) poprosiła o aktywność koleżanki. Jedną z nich była Marysia D., która mimo wielu zajęć w obcym kraju odnalazła tego chłopca:

Ormianin mówiący po ormiańsku w Armenii (ciekawa odmiana w języku polskim, prawda?). Bardzo mi się podoba przez te czerwienie. Ponadto - jestem na okładce! Widzicie?! I na dodatek jeszcze i gwiazdy, i planety... Bardzo romantycznie.

Inną zaktywizowaną koleżanką, z bardzo długim okresem znajomości, była Gosiak, obecnie Stoliczanka, która wyszukała i dostarczyła:


Kataloński (nie mylić z hiszpańskim). 
Nawiasem mówiąc  Gosiak kojarzy mi się z: Barceloną (dokładniej ze zdjęciem, gdzie stoi sobie na tle skał w Monserrat) oraz z Małym Księciem właśnie, ponieważ swego czasu miała bluzkę z prasowanką z Księciem we własnej osobie :-) Buziaki!










Kolejnym obiektem skuteczności nPO okazała się Agnieszka W., bardzo podróżnicza osoba. Wykorzystała rozsądnie walutę w pięknym kraju, gdzie ludzie mówią w języku, który jest dla nas zrozumiały (wiadomo, słowiański) czyli w Chorwacji:


Jak widać mamy tu piękną, upalną, letnią noc, gwiazdy i planety oraz samolot retro (awionetkę), nawiązujący niedwuznacznie do głównego zajęcia autora książki. Ach, od razu przypomniały mi się wakacje...












Nawiasem mówiąc drugiego Chorwata przywiozła nPO osobiście z jednej z podróży:


I już na samej okładce widać ten lazur Morza Śródziemnego, prawda Mój Ulubiony Szwagrze? :-)

Czasem były to osoby mieszkające obok, ot, prawie za rogiem, jak fantastyczna pieśniarka i cuuuuudna osoba Ela K., która poszukując swoich korzeni na Ukrainie nie omieszkała pamiętać o fiołach innych ludzi. Z poszukiwań przywiozła podwójny prezent:


Róża jest, gwiazdy i błękity, a dodatkowo w książeczce mieści się inna powieść Antoine'a - "Ziemia, planeta ludzi".

A czasem osoba zaktywowana księciowo mieszka na drugim końcu Polski, jak w przypadku ofiarodawczyni tegoż pana:

Rumuński książę (i wcale nie Drakula) :-) Nawiasem mówiąc niektórzy badacze uważają język rumuński i język mołdawski za różne odmiany tego samego języka.

I na końcu: nPO zmobilizowała też pewne muzyczne małżeństwo, Dziunię i Wojtka, do rozszerzenia mojej kolekcji. Zacieśniając więzy rodzinne urocza ta para goszcząc w Danii poprosiła ciocię rezydującą tam o pomoc. Ciocia podobnież sama kupiła im książeczkę:



Co za pragmatyczne wykorzystanie przestrzeni okładki, prawda?

A książę wciąż ten sam :-)












Dziękuję za wszystkie starania (doceniam, naprawdę) i... proszę o jeszcze! I jeszcze! I jeszcze!

PS Oczywiście to nie jest wyczerpujący wykaz osiągnięć nPO, tylko egzemplifikacja :-)

poniedziałek, 27 września 2010

W sześć osób dookoła świata

Podobno wystarczy tylko 6 osób, by się skontaktować z dowolną osobą na świecie. Te sześć osób stanowi swoisty łańcuszek relacyjny, oparty na pokrewieństwie-znajomości-sąsiedztwie-wspólnej pracy. Ciekawe.

Wymyśliłam analogiczną teorię dotyczącą moich darczyńców/dostawców "Małego Księcia" w dowolnej wersji językowej. Sądzę, że potrzebuję dwu-trzyosobowy łańcuszek, by złapać "Księcia" z dowolnego kraju :-) Przy czym czasem za jedną z tych osób działa komputer :-)

Kilka przykładów księciowych takich ludzkich łańcuszków, czyli "Mały Książę" kupiony/znaleziony/zorganizowany nie przez bezpośredniego darczyńcę:

Japończyk:




odebrany z rak własnych mojej Rodzicielki, zwanej grubiańsko Maminką, a wyszukany przez jej kolegę z pracy (zawsze twierdziłam, że praca się do czegoś przydaje ;-P).










Szwajcar, mieszkaniec stolicy (język berneńsko-niemiecki)


Zakupiła Magda, siostra Pika, który jest mieszkańcem serca wspomnianej już onegdaj Fasolki :-)

Jak już jesteśmy przy tym lokatorze sercowym, to obdarował mnie on pewnym dziwnie brzmiącym księciem:


O Holender! Mówi po niderlandzku :-)

Przy okazji (i to uwielbiam pasjami, czasem nawet bardziej mnie cieszy niż sama książka) uraczył mnie opowieścią.

Żeby spotkać tego księcia Piku przemierzał ulice, uliczki oraz mordercze zaułki stolicy Holandii. Wpadła mu w oko pewna mała księgarenka, właściwie antykwariat, wielkości niewielkiego pokoju. Wszedł i ujrzał zagracone papierzyskami pomieszczenie, w którym królował i sprawował władzę malowniczy staruszek, wyglądający jakby go ktoś zahibernował i obudził po 50 latach.
Piku uciął sobie smaczną pogawędkę.



Fasolka wymęczyła też  skutecznie swoją przyjaciółkę, piękną, tajemniczą i fascynującą SushiEater, poliglotkę o wielu twarzach. Urocza ta osoba, globtroterka i kreatywna istota nabyła i dostarczyła kolejnego, skośnookiego młodzieńca:


Sądząc po pięknym kształcie liter i zapewne równie pięknym języku (tajskim) jest on poetą.


Wreszcie coś równie rzadkiego, od Zbysia o oczach w kolorze szkockich budynków:


Tagalski szyk z Filipin. Sądzę, że Zbyś tak wałkował jedną ze swych koleżanek z pracy, że ta po wakacjach w ojczystym kraju nabyła książeczkę, by się tylko odczepił.












Najwięcej łańcuszków uruchomiła pewna nieprawdoPodobna Osoba, ale o niej innym razem, ponieważ zasługuje na osobne miejsce.

wtorek, 7 września 2010

Cała Afryka czyta dzieciom, czyli dziedzictwo Gutenberga

W trakcie szperania w sieci natknęłam się na stronę, opisującą projekt pewnego niemieckiego wydawnictwa zobacz

"Mały Książę" w suahili!!!
Ma banalnie prosty tytuł “Mwana mdogo wa mfalme” :-)
(doskonałe ćwiczenie logopedyczne).

Zawsze mnie zastanawia dlaczego to akurat Niemcy (dwa wydawnictwa niemieckie) wydają "MK" w różnych dziwnych językach i dialektach, np. po szkocku, walijsku itd. Wydawać by się mogło, że te właśnie narody, tak usilnie walczące o swoją odrębność narodową powinny chronić swoją tożsamość dbając o dziedzictwo języka, prawda? Ale nie. Dziwne.

W każdym razie dobrze, że przyjemniej Niemcy to robią. Może to wszystko "wina" Gutenberga oraz ponadsześćsetletnie doświadczenie wydawnicze? Jak by nie było: chwała im za to i trzymajmy kciuki, żeby wciąż spełniali swoją misję.

środa, 1 września 2010

Kolejny brytyjski książę, tym razem w duecie z zakładnikiem

31 września zamieszkał u mnie pewien niewysoki, brytyjski gentleman. Przybył z listem do zakładnika ("Letter to a Hostage"). Wytworny, choć wymowny. Elegancki i nad wyraz dyskretny. Wygląda tak:



Proszę Państwa: The Little Prince.
Klasyczny, prawda?
Inni brytyjscy gentlemani (w liczbie ośmiu) są równie przystojni, np. 


















Ale najbardziej chwytający za serce jest ten:


ponieważ po głębszym poznaniu przedstawia się tak:


Czyż nie jest cudny?! :-)
Większość Brytyjczyków (a ostatnio powyższego) ofiarował mi pewien Pan z Końca Europy (PzKE). Po prostu: dziękuję :-)
Nie od rzeczy będzie zaznaczyć, że mogę sobie ich poznawać dowolnie usilnie, ponieważ mamy wspólny kanał komunikacji (język), of course :-)

Jak klasyka to klasyka. Może zatem taka propozycja, zapraszam tu (oczywiście z akcentami celtyckimi, nie mogłam się oprzeć :-) ).

czwartek, 26 sierpnia 2010

Kolejna cegiełka wieży Babel

Otrzymałam dziś przystojnego przedstawiciela rodziny książęcej z bratniego kraju, tego od szabli i szklanki :-)
Innymi słowy: bratanek (nie mylić z bratem Anek). Radujący serce węgierski podarunek przytaszczyła Kasia G. (dzięki! Proszę o jeszcze! ;-) ). Piękny, prawda? Waleczny hulaka:


Szablę widać, a szklanka z Tokajem stoi zapewne za nim.

To już 60-ciojęzyczny gentleman w mojej nieustająco wzrastającej kolekcji! :-)
Dzielę swoje serce pomiędzy księciuniów władających następującymi językami i dialektami:
- afrikaans (mieszkaniec RPA),
- angielski,
- arabski,
- bengalski (Bangladejczyk? Bangladeszanin?),
- Berlinisch (Niemiec),
- berneńsko-niemiecki (Szwajcar),
- bułgarski,
- chiński,
- chorwacki,
- czeski,
- duński,
- elfdalian (Szwed),
- estoński,
- francuski (z czego jeden jest poliglotą francusko-polskim),
- frankoński (Niemiec),
- grecki,
- hebrajski (Izraelczyk),
- Hessisch (Niemiec),
- hiszpański (w tym: Hiszpan, Meksykanin i malutki Peruwiańczyk),
- irlandzki gaelic,
- japoński,
- jidysz,
- kataloński,
- koloński,
- koreański,
- kurdyjski (Irańczyk),
- litewski,
- łaciński (niekoniecznie dresiarz czy inne stworzenie podwórkowe, hm hm, filolog klasyczny po prostu, no bo przecież nie Cycero albo Petroniusz :-) ),
- macedoński,
- niderlandzki (O, Holender!),
- niemiecki,
- norweski,
- ormiański,
- palatynacki (Niemiec),
- pashto (Afgańczyk),
- perski (Irańczyk, Afgańczyk, Tadżyk?, Irakijczyk lub inny mieszkaniec Środkowego Wschodu),
- Plattdüütsch (dolnoniemiecki, zatem znów Niemiec),
- polski (tu prawie cała klasa, niekoniecznie nasza),
- portugalski (Portugalczyk [ach ach] i Brazylijczyk),
- północnofryzyjski (dialekt wyspiarski Fering),
- północnofryzyjski (dialekt kontynentalny Mooring),
- retoromański (Szwajcar),
- rosyjski,
- Ruhrdeutsch (Niemiec z Rury - hydraulik? kanalizator?),
- rumuński,
- Saarländisch (Niemiec znów),
- Schwäbisch (Szwab czyli Niemiec),
- słowacki,
- szwedzki,
- tagalski (Filipińczyk),
- tajski (Tajlandczyk),
- turecki,
- ukraiński,
- urdu (Pakistańczyk),
- walijski,
- Weanerisch,
- węgierski,
- wietnamski (znów poliglota: wietnamsko-francuski),
- włoski,
- zulu (Zulus, czyli mieszkaniec RPA).

Cała międzynarodowa crême de la crême :-)
Ich portrety można podziwiać tu
Miłych nowych znajomości!

wtorek, 22 czerwca 2010

Paryski szyk (chick) ;-)

Biegając po Paryżu nie omieszkaliśmy skręcić pod pewien wybebeszony budynek czyli słynne Centre Georges Pompidou. Z baneru na fasadzie można się było dowiedzieć, iż właśnie odbywa się tam wystawa praw (kontrowersyjnego przez swój hiperrealizm) Luciana Freuda, wnuka "tego" Freuda. Nawiasem mówiąc dwa lata temu podczas aukcji obraz L. Freuda osiągnął rekordową, jak na pracę żyjącego artysty, cenę - 34 milionów dolarów. Szczęśliwym posiadaczem jest pewien rosyjski miliarder. Obraz przedstawia nagą kobietę monstrualnych rozmiarów, leżącą na sofie. Przeżycia towarzyszące jego oglądaniu z pewnością można zaliczyć do nieprzeciętnych.

Oprócz Muzeum Sztuki Współczesnej w Centre Pompidou mieści się również główna biblioteka publiczna stolicy Francji oraz fantastyczna księgarnia, z której nie omieszkałam zabrać ze sobą pewnego Monsieur:

Księgarnia mnie absolutnie zachwyciła. Oprócz klasycznych tytułów oferowała mnóstwo książek z dziedziny sztuk plastycznych, fotografii, filmu itd., również po angielsku. Ponadto znalazłam tam świetne książki, ćwiczenia, kolorowanki i inne cuda dla dzieci w zabawny, ciekawy i przystępny sposób prezentujące artystów, ich dzieła oraz inspirujące do twórczego życia i odkrywania swoich talentów. Nic tylko zazdrościć.

Niedaleko znaleźliśmy świetną piekarnię, gdzie nabywszy sobie świeże bagietki i inne tartinki usiedliśmy nieopodal i uzupełniając składniki odżywcze w organizmie kontemplowaliśmy niesamowite dźwięki wytwarzane przez gardła ubranych w oryginalne stroje Mandarynów, akompaniujących sobie na egzotycznych instrumentach. Sztuka azjatycka pod centrum sztuki we Francji, prezentującej malarstwo Brytyjczyka :-) To lubię! Kultura przede wszystkim.

Z innych oryginałów (pamiętajmy, że Antoine de Saint-Exupéry był Francuzem) goszczę w mojej kolekcji tego pana:
Szczerze mówiąc, to trochę z niego podrabiany oryginał, ponieważ został wydany w Niemczech i na końcu książki znajdują się ćwiczenia oraz mini słowniczek francusko-niemiecki :-)


Przywędrował sobie do mnie w towarzystwie Kamili, kiedyś M. a obecnie B. (buziaki!), która w bratnim kraju nabywała doświadczenia w kwestii obróbki i użytkowania dzieci (co teraz jest jak znalazł) tudzież szlifowała swoje umiejętności w germańskiej mowie :-)


To jeden z najdłuższych stażem rezydentów mojej kolekcji.


Trzeci krajan przedstawionych wyżej panów nie odbiega zbytnio prezencją od tego, co uważamy za klasyczną francuską elegancję, przedstawiam: Madame et Monsieur - Le Petit Prince!

Smaczny, prawda? Jak francuska kuchnia, prowansalskie zapachy i smaki. Mmm...

wtorek, 19 lutego 2008

Russianman in Scotland

Czasem zdarzają się zabawne sytuacje, gdy w jednym z obcych krajów natykam się na księcia obcokrajowca :-) Tak było w szkockim Glasgow, gdy w jednej z moich ulubionych księgarni, o wymownej nazwie Borders (świetne miejsce, mają tam nawet regał z książkami po polsku! Nie wspominając o innych językach) natknęłam się na naszego sąsiada ze wschodu. Wyglądał lekko pustynnie:


A w środku miał bardzo ciekawą litografię. Wyglądała tak:


Bardzo ciekawe wydanie książki. Autor ze swoim własnym, prywatnym księciem.

Uczciliśmy ze Zbysiem poznanie go pyszną kawką :-) Warto przy tym zaznaczyć, że każda kawka ze Zbysiem jest pyszna :-*
Nawiasem mówiąc: w tym właśnie mieście jest pewne miejsce, w którym czuję się bezpiecznie jak w domu.
Grześ to prawdziwy magik wyposażania wnętrz w ciepło domowe :-*

Wracając do sąsiadów zza wschodniej granicy: choć po rosyjsku umie tylko przedstawić kota, wspomniana już onegdaj Fasolka zdołała się dogadać i zaprosić do mnie pewnego mieszkańca kraju fantastycznych pisarzy. Nie od rzeczy będzie zaznaczyć, iż publiczne relacje i komunikacja - również międzynarodowa - to mocna strona tejże Fasolki. Przybysz wyglądał niebiańsko:


Na okładce wmawiają, że to bajka :-)
Ach, Ci twardzi Rosjanie! :-)


Niedawno wprowadził się do mnie kolejny krajan Dostojewskiego, wraz z innym księciem (podobno szczęśliwym) Oskara Wilde'a (którego ostatnio darzę wielkim sentymentem z różnych powodów) oraz pewną pszczółką, podopieczną Anatola France'a. Na przedstawiciela publicznego wybrali księcia:


Wygląda lekko melancholijnie, prawda? Ale za to ma do towarzystwa i planety, i różę, a nawet (ewenement okładkowy) - lisa.
Rozbrajają mnie jego pantofle :-) Na pewno świetnie mu się w nich wędrowało po pustyni :-)

A tutaj pewien drobiazg muzyczny. Przy okazji nawiązanie do rosyjskiej literatury. Ach, to słynne pierwsze zdanie w powieści Nabokova...

Ps. 29.09.2010r.: Zbysiu mi niedawno doniósł, że księgarni Borders już nie ma! Podobnież splajtowała. Szkoda.