Po co, na co i dlaczego?

Wynurzenia książkowo-molowe maniakalnej czytelniczki tudzież kolekcjonerki książki "Mały Książę" Antoine'a de Saint-Exupéry'ego w różnych językach i dialektach (obecnie 96) oraz rozmaitych wydań polskich tejże. Zapraszam!

piątek, 23 lutego 2007

"Jeruzalem, jeśli zapomnę o Tobie, niech uschnie moja prawica" (patrz: "Rivers of Babilon")

Jerozolima - jedno z najpiękniejszych dla mnie miejsc na Ziemi.
Miałam niebywałe szczęście odwiedzić to najniezwyklejsze miejsce na świecie.

Mieliśmy mało czasu, napięty program (jak zwykle)..
W Jerozolimie jest mur odgradzający mieszkańców. Turyści poruszają się najczęściej w wydzielonych dzielnicach, głównie arabskich.
Mieliśmy tylko 45 minut przerwy. W czasie gdy inni poszli się objadać lub odkupywać w różne dobra "only one dollar", ja postanowiłam wyszperać hebrajskiego księcia. Musiałam przedrzeć się przez mur, do dzielnicy żydowskiej (spory kawałek) na dodatek nie wiedząc, czy jest tam jakaś księgarnia i gdzie.
Przewodnik patrzył na mnie jak na wariatkę (może powinno być bez "jak" oraz należałoby dodać, iż był to bardzo rozsądny człowiek).
Założywszy z góry, że nie zdążę (faktycznie szanse były marne, czy - jak lubią mówić niektórzy - prawdopodobieństwo oscylowało wokół zera), dał mi swój plan miasta oraz wytłumaczył jak mam wrócić do hotelu (wziąć busa w jednym z punktów miasta). Dał mi też numer swojej komórki, żebym dzwoniła, gdyby było tragicznie.Po czasie okazało się, że mógł sobie darować, bo mam telefon na kartę, a telefonia izraelska w trosce o bezpieczeństwo państwowe nie łączy rozmów z telefonów nieznanych im właścicieli, więc i tak bym się nie dodzwoniła.
W informacji turystycznej nie wiedzieli, gdzie jest jakaś księgarnia w dzielnicy żydowskiej. Poradzili trzymać jest najdłuższej ulicy (zdaje się Jaffa).
Ruszyłam z kopyta.
Po kilometrze, gdy stałam na światłach, nieznacznie przysunął się do mnie (2 metry odległości) młody, ortodoksyjny Żyd (kapelusz, pejsy itd.).
Z delikatną ciekawością zaczął ze mną rozmawiać wstydliwie zerkając na moją twarz i resztę niezbyt często (rozpuszczone włosy i lekkie wycięcie w bluzce; przyzwoite ortodoksyjne Żydówki wciąż jeszcze noszą szpecące je peruki, zakrywając perwersyjnie zmysłowe włosy).
Pytał po co przyjechałam do Jerozolimy, skąd jestem i w co wierze. Takie tam, trywialne pytanka :-)
W pewnym momencie przeprosiwszy go poleciałam pędem dalej (zwalniał mój sprint).
Pytałam co chwilę o księgarnię.
Różne spotkałam reakcje: od ignorowania (udawanie, ze mnie nie widzą i nie słyszą), po wzruszenia ramion czy kiwanie głową na znak nieznajomości angielskiego.
Pierwsza napotkana księgarnia okazała się być księgarnią z różnymi wersjami tylko jednej księgi - Tory. Było to niewielkie, ciemne pomieszczenia, w którym nie uświadczyłam nikogo oprócz uprzejmego sprzedawcy, który (na szczęście) znał angielski i pokazał mi, gdzie jest księgarnia.
Dopadłam jej ostatkiem sił.
Księgarnia miała nazwę "polską" - to było polsko brzmiące nazwisko (Lubecki czy jakoś tak), napisane hebrajskimi literkami.
Spytałam sprzedawczynię o wytęsknionego księcia. Wskazała - leżakował sobie i dojrzewał na półce obok drzwi wejściowych. A obok drugi, z żółtą okładką - dwa różne tłumaczenia. Zachłannie chciałam mieć ich dwóch.



Ponieważ była promocja nowego tłumaczenia, stare dorzucali po dopłaceniu jakichś groszy.
Płaciłam dolarami.
W zestawie dostałam kawę Nescafe w dużym (200ml) "tańczącym" słoiku.
Niezbyt byłam szczęśliwa - tarmosiłam w podróży zapchaną już wtedy różnymi dobrami (m.in. dżemem z daktyli) walizkę. Oglądnęłam kawkę dopiero w domu. Na słoiczku figurowało, co następuje:
"Kosher-Parve. Under the Supervision of the Madrid's Rabbinate and by authority of the Chief Rabbinate of Israel".
Piłam sobie potem tą koszerną kawkę. Może to autosugestia, ale miała zupełnie inny smak. Mogę śmiało powiedzieć: smak "czystej" kawy :-)

Wracając do opowieści: porwałam reklamówkę z księciulkami oraz kawką i pognałam pędem z powrotem (jakieś 2-3 km).
Czas już był, niestety, wiec wystosowałam do pozostałych smska, żeby na mnie zaczekali 5 minut.
Przybiegłam 5 minut przed przewodnikiem. Jak mnie zobaczył i to z książkami, zrobił duże oczy. Pomyślałam mściwie: "I kto teraz wygląda jak wariat?"
:-)

W innym miejscu w Izraelu kupiłam wersję arabską, w arabskim sklepie dla dzieci:



I coś w klimacie: byłam w Jerozolimie dokładnie w 7. rocznicę śmierci Ofry Hazy.
Jedną z jej niezapomnianych pieśni jest ta o Jerozolimie właśnie, zapraszam tutaj
Mam cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.

Ach, no tak, jeszcze moja ostatnia miłość muzyczna. Mam na jej punkcie absolutnego fioła, a ostatnio powala mnie ten znany song: zajrzyj tutaj
Shalom!

5 komentarzy:

  1. Przepiekna opowiesc :)

    Mam pytanie jak mial na imie pani przewodnik po Jerozolomie?

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Przemysławie, pamięć mam dobrą, ale krótką. Niestety nie pamiętam, jak miał na imię mój przewodnik (choć pewnie mam to gdzie zapisane) ani jak wyglądał a szkoda, bo był to najlepszy z przewodników, których miałam okazję spotkać. Bardzo wykształcony człowiek (w kwestiach i turystycznych, i biblijnych, i kulturowych), erudyta, z darem opowiadania i świetny pod względem organizacyjnym.
    A skąd to pytanie? Czyżby to kto znajomy? :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. I dziękuję za komplement, tzn. moja opowieść dziękuje :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziekuje za odpowiedz. Sam zajmuje sie tym zawodem z pasja. W szczegolnosci wlasie ZIemia Swieta. A pytam bo i mnie sie taka sytuacja przydazyla. Pomyslalem wiec ze moze to nam sie tak udalo spotkac. Moze? A moze tylko zbieg okolicznosci.

    Pozdrawiam Przemyslaw
    www.przemyslaw-marcinski.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Raczej zbieg okoliczności. Odkopałam zdjęcia, pooglądałam przewodnika - to jednak nie Pan :-) Pozdrawiam z uśmiechem.

    OdpowiedzUsuń